Kategorie: Wszystkie | gratisy i testowania | kuchnia | o dzieciach
RSS

o dzieciach

piątek, 04 lipca 2014

h

W takich chwilach żałuję, że sama już nie jestem dzieckiem.

h

W takich chwilach żałuję, że sama już nie jestem dzieckiem.

wtorek, 17 czerwca 2014

Korzystanie z komputera mam teraz znacznie utrudnione, bo po naprawie komputera przestało mi działać wifi i w rezultacie Internet mam teraz tylko „na kabelku”, czyli daleko od miejsca, gdzie mogę bezpiecznie trzymać komputer i sobie wygodnie usiąść  :- ) Teraz, żeby podłączyć się do Internetu, muszę przenieść komputer (razem z zasilaczem, bo bateria słabiutka), podłączyć do prądu, podłączyć  kabelek internetowy i wymościć sobie miejsce na podłodze. Niby niewiele, ale jednak znacznie więcej zabiegów, niż po prostu go włączyć :- ) No i musi być spełniony warunek podstawowy – dzieci muszą spać.

Byłam z reklamacją komputera, pan wszystko sprawdził i powiedział, że u nich działa bezprzewodowo. Czyli pewnie coś u mnie z ruterem – tyle, że telefon łapie owo wifi bez problemu!

We wszystkim trzeba szukać dobrych stron: zaletą obecnej sytuacji jest to, że mniej korzystając komputera, mam trochę więcej czasu na inne rzeczy :- )

A innych spraw na głowie też mam sporo, bo zabiegi chirurgiczne u dziecka i wszystko to, co dzieje się wokół, jest bardzo absorbujące – nawet jeśli jest to planowy i może nie jakiś bardzo poważny zabieg… Ale jednak w znieczuleniu ogólnym, czyli właściwie operacja.
Teraz dochodzimy do siebie i mamy nadzieję, że się ładnie wszystko zagoi. I będziemy mogli już zapomnieć o przepuklinie pępkowej…

 

I przesyłek też ostatnio znacznie mniej, ale jeszcze nie całkiem się skończyły.

Może na pierwszy rzut oka nie widać, co to za potworek z rozdziawioną paszczą:

 h

A to jest silikonowa rękawica kuchenna. Pierwszy raz spotkałam się z taką krótką :- )

j

Nie nadaje się może do sięgania do piekarnika, ale można ją szybko założyć, żeby odsunąć pokrywkę z kipiącej zupy albo potrzymać rozgrzane ucho garnka podczas mieszania. Więc się przydaje.

 h

Rękawicę wygrał akurat mąż, bo obydwoje próbowaliśmy się w konkursie Tartare (na ich FP). Byłam zaskoczona, że on wygrał, bo przecież moja odpowiedź była dużo fajniejsza ;- )



niedziela, 08 grudnia 2013

Tutaj obiecywałam podjąć się różnych tematów dotyczących żywienia dzieci.

Dziś wyrażę swoje zdanie na temat słodyczy.

 sł

A nie do końca zgadzam się z panującą modą i stwierdzeniem, że dzieci nie powinny w ogóle jeść cukru. Ani może nawet go oglądać, tak na wszelki wypadek :p Moim zdaniem szkodzi dopiero nadmiar cukru. Więc nie pozwolę córce zjeść tabliczki czekolady (choć na to może wskazywać powyższe zdjęcie), ale dwie kosteczki - dlaczego nie? Matka natura zaprogramowała dzieci na słodki smak, słodko smakuje mleko, które jest pierwszym posiłkiem dziecka. Słodycz sprawia przyjemność.

Gdzieś w telewizji jakaś pani psycholog tłumaczyła, że dzieci lubią słodycze, bo je jedzą od maleńkości, gdyby ich nie znały, to by nie lubiły. Guzik prawda. Niech pani psycholog da kilkuletniemu dziecku, które nie zna słodyczy, kawałek czekolady i poczeka na reakcję. Gdyby noworodka od początku karmić mlekiem pozbawionym cukru, to nie można by wykluczyć, że rzeczywiście dziecko nie znałoby smaku słodkości i nie smakowałyby mu łakocie. Choć wydaje mi się, że i wtedy taki test z czekoladą mógłby wypaść dla pani psycholog niekorzystnie.

Bo cukier to łatwa energia. Dziś jest to raczej jego wada, bo dziś je się za dużo i zaletą jedzenia staje się jego niska kaloryczność. Ale dawno temu, kiedy człowiek jadł tylko to co znalazł, każda dawka energii była na cenę złota. A słodki smak oznaczał sporą dawkę łatwo przyswajalnych kalorii. Myślę, że od tamtych czasów cukier = przyjemność. I ja mam tej przyjemności dziecku zupełnie odmawiać?

sł

Nie chodzi mi o to, żeby dziecko mogło żywić się słodyczami. Inne składniki przydają się dziecku znacznie bardziej. I zdaję sobie sprawę, że minęły już prehistoryczne czasy i dziś zdrową żywnością jest żywność niskokaloryczna. Że cukier poza kaloriami i większą szansą na próchnicę nie wnosi nic. Ale też nie szkodzi aż tak bardzo. Dziecko trochę tych kalorii potrzebuje, bo przecież cały czas się rusza, biega, skacze, rośnie. Nie stanie mu się krzywda od ciasteczka raz w tygodniu!

Dla Moniki pierwszą słodkością (poza kaszkami, które niestety też sporo cukru zawierają) był urodzinowy tort, jaki ciocia upiekła jej na roczek. Od tego czasu czasem jada czekoladkę, wypije słodzony soczek czy zje jakieś ciastko (wszystkie trzy opcje na zdjęciu powyżej ;)). Czasem wyje mamie bitą śmietanę z kawy:

sł 

Kiedy brałam udział w testowaniu Danusi organizowanym przez Talk Marketing, Monika też degustowała czekoladkę (oczywiście nie całą). Nawiasem mówiąc, bardzo jej smakowała :)

sł

Ale to wszystko są specjalne okazje. Kiedy ktoś do nas przychodzi z wizytą i jakieś ciastka znajdą się na stole, nie zabraniam jej przecież wziąć sobie jednego. Kiedy my jedziemy w odwiedziny, też ma "dyspensę", zresztą zabranianie jej wtedy czegoś byłoby okrucieństwem, do tego niemożliwym do wyegzekwowania. Bo co chwilkę jest częstowana czekoladkami, ciasteczkami, soczkami. Potem jest zdziwienie, że nie chce jeść obiadu. "Bo ona nic nie je". Rzeczywiście je mało i jest chudziutka. Ale na pewno nie zje nic wartościowego, jeśli wcześniej naje się słodkiego.

A ponieważ nie zjadła obiadu, to "na pewno jest głodna, to trzeba jej dać przynajmniej czekoladkę"! I w ten sposób kolejny posiłek też mamy z głowy.

Ale przestałam z tym walczyć, to walka z wiatrakami. Bo mam nadzieję, że przez słodkie dwa dni w miesiącu nie stanie jej się duża krzywda.

czwartek, 05 grudnia 2013

Miało być o buncie dwulatka, ale moja dwulatka teraz słodko śpi, a jak już zdążyłam zapomnieć, jak bardzo wczoraj broiła.

Wrócę więc do tematyki żywieniowej, którą podnosiłam tutaj. Kolejnym tematem, który chciałam podjąć, jest temat napojów odpowiednich dla dzieci.

picie

Modne jest teraz pojenie dzieci wodą. Czy to dobry pomysł?

Starsi ludzie często wręcz z oburzeniem patrzą, kiedy daję swojemu dziecku do picia wodę i pytają, dlaczego nie soczek albo herbatkę?

picie

Otóż dlatego, że ludzki organizm w 60% składa się z wody (u dzieci nawet więcej). Z wody, a nie soku ani herbatki.

Wszystkie reakcje biochemiczne organizmu zachodzą w środowisku wodnym - czyli innymi słowy, woda jest niezbędna na każdym etapie oddychania, odżywiania i wszystkich innych procesów. Ubytek wody powyżej 15% masy ciała powoduje śmierć. Ale już nawet ubytek 2% masy ciała daje nieprzyjemne objawy - ból i zawroty głowy, suchość w ustach, skąpomocz, osłabienie, zaburzenia widzenia, skurcze i bóle mięśni, a nawet omdlenia, zaburzenia rytmu serca i niedociśnienie.

Dlatego tak ważne jest utrzymanie odpowiedniego poziomu nawodnienia organizmu, zwłaszcza organizmu dziecka, dużo bardziej wrażliwego na odwodnienie.

Wracamy do pytania - dlaczego woda?

Bo jest neutralna dla organizmu.
Bo świetnie gasi pragnienie.
Bo dostarcza minerałów (zwłaszcza woda mineralna), ale nie dostarcza pustych kalorii.
Bo wody pije się tyle, ile trzeba, aby ugasić pragnienie - słodkich napojów dzieci często piją więcej, dlatego, że są smaczne, a nie dlatego, że chce im się pić.

Nie widzę sensu podawania dzieciom herbaty - do niczego im nie jest potrzebna, a dodatkowo zawiera teinę, która pobudza często i tak już nadpobudliwe dzieciątka. Ale nie uważam też, żeby była szkodliwa i nie protestuję, jeśli ktoś zrobi Monice słabą herbatkę.

picie

Natomiast soki czasem sama jej podaję. Ale nie dla ugaszenia pragnienia - do tego służy woda i dzieci często same ją do tego celu wybierają.

Sok podaję zamiast słodyczy, dla przyjemności. Albo w upalne dni, gdy w ogóle nie chce jeść, aby dostarczyć jej choć trochę kalorii. Albo w podróży albo w innej sytuacji, kiedy trochę zgłodnieje, a ja akurat nie mam nic "podróżnego" pod ręką.

Bo sok, poza gaszeniem pragnienia, zaspokaja też głód. Dlatego złym pomysłem jest podawanie soku (tak jak i innych słodyczy) dzieciom - niejadkom. Wypicie soczku bardzo mocno zmniejsza szansę na to, że dziecko zje potem wartościowy posiłek.

monika

Soki nie są też polecane dla dzieci, które bardzo lubią jeść. Bo dziecko z dużym apetytem i tak zje posiłek, a sok dostarczy tylko dodatkowych, niepotrzebnych kalorii.

Soki owocowe, zwłaszcza świeżo wyciskane, nieklarowane, zawierają sporo witamin i związków mineralnych, więc w umiarkowanych ilościach są dla dzieci korzystne. Pamiętajmy tylko o tych "umiarkowanych ilościach", traktujmy soczek jako smakołyk, a nie jako receptę na każde pragnienie.

niedziela, 24 listopada 2013

Rozpisywałam się ostatnio o gotowych daniach dla niemowląt. Jakie to są dobre. I nadal tak uważam. Ale za moją opinią nie do końca idą decyzje :)

gotowanie

Bo zupki głównie gotuję. Przede wszystkim ze względu na cenę. Słoiczki wychodzą drogo, zwłaszcza jeśli dziecku przestają wystarczać małe porcje, w słoiczkach o pojemności 125 ml.

Moja pediatra radziła mi, żeby nie robić sobie kłopotu i gotować Młodemu zupki wspólne z naszymi. Tylko odebrać mu przed doprawieniem. Ale to wymaga ścisłej kontroli tego, co się wrzuca do garnka. A ja lubię w tej kwestii spontaniczność ;) Szczególnie trzeba uważać, jeśli dziecko jest alergikiem i trzeba uważać z każdym nowym składnikiem.

Dla mnie łatwiejsze jest gotowanie osobnych zupek. Bo robię to trochę "sposobem".

Nie gotuję codziennie. Włożona do lodówki zaraz po ostudzeniu w zamkniętym pojemniku, zupka nadaje się do spożycia jeszcze spokojnie przez 48 godzin. Więc gotuję na trzy dni.

Mięso gotuję osobno, dużą porcję na raz (np. całego królika - zwłaszcza jeśli Staś dostanie takowego od cioci). Jest to wskazane też dlatego, że wywar mięsny może być za ciężki dla brzuszka malutkiego dziecka. Mięso przeznaczam więc dla Stasia, a dla nas zostaje rosół na zupę.
Ugotowane mięso obieram, kroję drobniutko. Dzielę na małe porcje, wkładam je w woreczkach do plastikowego pojemnika i mrożę. Sukcesywnie wyjmuję po jednej-dwie porcje (zależnie od ilości gotowanej zupki) i dodaję do gotujących się już warzyw.

Przedstawię przepis na standardową zupkę dla niemowlaka:

Warzywa myję, obieram, myję jeszcze po obraniu i kroję - bez dbałości o równe czy drobne krojenie, bo przecież wszystko i tak będzie zmiksowane.

warzywa krojenie

Wrzucam do garnka, zalewam wodą. Nie zapominam o oleju, bo przecież dziecko potrzebuje tłuszczu, przede wszystkim do rozwoju mózgu! Dodaję oliwę lub olej rzepakowy. Można dać masło, ale przecież nie dziecku uczulonemu na mleko...

w garnku olej

I gotuję do miękkości warzyw. Pod koniec gotowania dodaję zamrożone, pokrojone, porcjowane mięso

mięso mięso

Jeszcze gorące miksuję i pozostawiam do ostygnięcia. Odbieram porcję "na dziś", resztę szczelnie przykrywam i wkładam do lodówki. I gotowe :)

zupka

Aby poprawić smak, a także wzbogacić zupkę w witaminę C, która poza poprawą odporności jest niezbędna do przyswajania żelaza, można do gotowej zupki dodać trochę natki pietruszki - skarbnicy tej witaminy. Najlepiej mieć natkę świeżą (nie tak trudno ją uprawiać na parapecie), ale tylko kilka procent mniej witaminy C ma natka mrożona.

Na razie gotujemy zupki głównie z ziemniaków i marchwi lub dyni. Dynia jest bezpieczniejsza od marchwi dlatego, że jako owoc (botanicznie), zawiera mniej azotanów i metali ciężkich, w tym ołowiu i kadmu. Jej gruba skorupa dobrze chroni miąższ także od pestycydów (oprysków). Zresztą jej uprawa rzadko wymaga ich stosowania, inaczej niż przy dość wrażliwej na ataki różnych szkodników marchwi. Dlatego zalecam dynię zwłaszcza tym, którzy warzywa mają spoza absolutnie-sprawdzonego-i-pewnego-źródła.

Jako dodatki dotąd stosowałam pietruszkę, buraka ćwikłowego, brokuła, zielony groszek. Następny w kolejce jest kalafior. Po tych warzywach nie zauważyłam dotąd niepokojących objawów u Stasia (nie licząc oczywiście kup w całej gamie kolorów :p).

 

Nie opanowałam jeszcze sposobu przygotowywania mu deserków owocowych w taki sposób, aby owoce były gotowane (bo chyba za wcześnie na surowe...), a żeby w czasie gotowania nie tracić witamin. Dlatego deserki Staś dostaje na razie słoiczkowe... Ma ktoś pomysł, jak to przeskoczyć? Zresztą skąd brać świeże owoce poza sezonem? A same jabłka (bananów jeszcze nie wprowadziłam) to trochę małe zróżnicowanie owoców...

 

piątek, 22 listopada 2013

Azotany mogą być śmiertelnie groźne, zwłaszcza dla niemowląt. To nie przesada. Jednostkę chorobową nazwano "blue baby", ponieważ dzieci zatrute azotanami siniały. Czasem kończyło się to śmiercią. A wszystko od "zdrowych" soczków marchewkowych.

azotany

Azotany - NO3- to naturalna forma azotu. W glebie powstaje podczas rozkładu substancji organicznej, czyli m.in. nawozów naturalnych, takich jak obornik. Rośliny pobierają ten składnik i przekształcają je w białka. Jest więc normalne, że azotany występują w przyrodzie i ogólnie rzecz biorąc, są bardzo potrzebne. To one w bardzo dużym stopniu wpływają na to, że rośliny w ogóle rosną.

Kiedy więc zaczyna się problem? Wtedy, gdy roślina pobiera znacznie więcej azotanów, niż jest w stanie "przerobić" i zaczyna je magazynować. A pobiera je bardzo łatwo, jeśli tylko jest ich dużo w glebie.

A ich nadmiar w glebie może pochodzić z niewłaściwego nawożenia, ale też w glebie w ogóle nie nawożonej, może być ich bardzo dużo. Bo powstają w wyniku rozkładu substancji organicznej. Rozkład ten przeprowadzają bakterie, a ich aktywność jest uzależniona od warunków pogodowych. Zatem w sprzyjających bakteriom warunkach (czyli ciepło i umiarkowana wilgoć) do gleby trafia dużo azotanów.

Rośliny je pobierają i zmieniają w korzystne dla nich (i dla nas, konsumentów, też) białka. Ale do tego potrzebują energii słonecznej. Jeśli światła brakuje, azotany nie są przekształcane, tylko są gromadzone w tkankach roślin (a dokładnie w wakuolach komórek roślinnych).

azotany

Po co cały ten wykład?

Po to, żeby uświadomić Wam, że to, że rośliny otrzymane od wujka działkowicza, który na pewno nie sypie nawozów, za to porządnie nawozi obornikiem albo kompostem, wcale nie muszą być dla dzieci bezpieczne. Jeśli do tego rośliny były zbierane w okresie ciepłej, ale pochmurnej pogody albo rano, po dłuższym czasie ciemności, MOGĄ ZAWIERAĆ NAPRAWDĘ DUŻE ILOŚCI AZOTANÓW!!

A co się dzieje z azotanami w organizmie człowieka, że należy ich unikać?

Azotany w żołądku są przekształcane w azotyny (NO2-), a te mają zdolność trwałego łączenia się z hemoglobiną.

Hemoglobina "zabiera" tlen w płucach i roznosi go do wszystkich komórek organizmu. Odpowiada więc za oddychanie wszystkich komórek. Jeśli we krwi znajdują się azotyny, łączą się z hemoglobiną, blokując ją i uniemożliwiając spełnianie swojej roli. 

Podobne działanie ma tlenek węgla, czyli czad. Wiedzieliście, że od dużej ilości azotanów można udusić się, tak jak można się zaczadzić?

„Blue baby”, o której wspomniałam na początku, to choroba spowodowana właśnie niedotlenieniem, którego przyczyną było podawanie dzieciom ogromnych ilości azotanów. Było to w czasach, kiedy znano tylko zależność: dużo nawozów = duży plon, nikt nie przejmował się jakością warzyw, więc nawożono naprawdę intensywnie. I ilość azotanów wypijanych z sokiem marchewkowym, w przeliczeniu na kg masy ciała malutkich dzieci, okazywała się czasem śmiertelna.

Dziś nie grożą nam aż takie konsekwencje. Nikt nie sypie aż tylu nawozów. Ale każda cząsteczka azotanów w pokarmie, to upośledzanie dotlenienia komórek. Dlatego dla niemowląt bezpieczniejsze są kupne „słoiczki”, gdzie zawartość azotanów jest badana i nie może przekroczyć ostrych norm, niż domowe jedzenie, niestety…

słoiczki

A co możemy zrobić, aby spożywane rośliny zawierały mniej azotanów? Trochę możemy. Przedstawię kilka zasad:

  • Najwięcej azotanów (metali ciężkich też) zawierają korzenie, pędy, liście, najmniej owoce. Więc bezpieczniejsza jest jabłka, dynia lub pomidor, niż marchew, ziemniaki czy sałata

          jabłka

  • Duże znaczenie ma pogoda i pora dnia. Warzywa zbierane po południu w słoneczny dzień, rosnące w pełnym słońcu, są bezpieczniejsze.
  • Warzywa kolorowe mają mniej azotanów niż zielone; bezpieczniejsza jest żółta fasolka szparagowa, niż jej zielone odmiany
  • Nie dawajmy dzieciom nowalijek - uprawiane zimą i wczesną wiosną warzywa rosną w warunkach niedoboru światła, zawsze mają więcej azotanów
  • młode, niedojrzałe warzywa mają więcej azotanów niż dojrzałe. Nie dawajmy dziecku np. młodych marchewek - mają mnóstwo azotanów, za to mało beta-karotenu (bo jeszcze nie zdążyły go więcej wykształcić)

Tutaj warto wspomnieć, że azotany to inaczej saletra, stosowana do konserwowania mięsa. Wędliny obecne w sklepach muszą być konserwowane, saletra chyba i tak jest bezpieczniejsza od innych konserwantów. Ale zastanówmy się trochę, co robimy, podając dziecku kolejny plasterek szynki...

A mówiąc o azotanach, nie można zapominać, że w czasie niewłaściwego przechowywania czy smażenia, a także w naszych żołądkach, mogą się one przekształcać w nitrozoaminy, związki silnie rakotwórcze.

Takie pytanie przeważnie budzi duże emocje wśród mam. Można to zauważyć na przykład na forach internetowych albo w dyskusjach pod artykułami w prasie internetowej. A co jest lepsze?

zupki

Może zacznę od kontrowersyjnego stwierdzenia, ale GOTOWE DANIA SĄ BEZPIECZNIEJSZE! Żywność dla niemowląt i małych dzieci (do końca trzeciego roku życia) traktowana jest jako "środek spożywczy specjalnego przeznaczenia żywieniowego" i jako taka podlega wielu obostrzeniom. Normy dotyczące zawartości substancji szkodliwych, takich jak:

  • metale ciężkie
  • azotany (o tym, jak niebezpieczne są azotany, napisałam tutaj, bo to bardzo ważny i niedoceniany temat)
  • pozostałości po pestycydach (środkach ochrony roślin, czyli po prostu opryskach)
  • niezwykle toksyczne mykotoksyny (toksyny wytwarzane przez grzyby, występujące np. w zapleśniałych warzywach

są bardzo ostre i muszą być ściśle przestrzegane. Dlatego każda partia produktów, z których powstaną potrawy dla dzieci, jest poddana badaniom na zawartość tych niebezpiecznych związków.

zupki

Natomiast warzywa uprawiane we własnym ogródku zawsze są niewiadomą. Bo nawet jeśli nie stosuje się nawozów sztucznych ani pestycydów, nigdy nie ma się pewności, co jest w glebie (chyba, że wykonało się jej dokładną analizę, ale i to nie daje stuprocentowej pewności, co będzie w warzywach – bo gleba jest środowiskiem zmiennym i zawartość azotanów, a także np. obecność łatwych do pobrania przez rośliny metali ciężkich jak kadm czy ołów może się znacznie zmieniać).

Warzywa uprawiane na żyznych, próchnicznych glebach, bez stosowania nawozów sztucznych, mogą mieć znacznie wyższą zawartość azotanów niż warzywa z upraw towarowych, nawożone racjonalnie.

Zawartość metali ciężkich w glebach i ich przyswajalność dla roślin (czyli występowanie w takiej formie, którą rośliny łatwo pobierają) w znacznie większym stopniu zależy od naturalnej zawartości tych metali w glebie i skale, z której ta gleba powstała, niż od działalności rolnika.

Unikanie oprysków nie sprawia, że uprawiane rośliny są od nich wolne. Bo nie wiadomo, czym swój ogród opryskuje sąsiad, a drobne kropelki oprysku łatwo są przenoszone z wiatrem na spore odległości i nie znają granic działki.

brokuł

Bezpieczniej jest podawać dzieciom produkty pochodzące z gospodarstw ekologicznych, choć i tam przestrzegane są procedury i ekologiczny sposób uprawy, ale sam produkt badany jest rzadko. Możliwe więc jest, że warzywa takie będą zawierać np. zwiększoną ilość azotanów, jeśli akurat pogoda sprzyjała rozkładowi próchnicy, co znacznie podnosi ich zawartość w glebie.

zupka

W przypadku „słoiczków” badaniom poddaje się zebrane warzywa, zatem takie zagrożenie jest eliminowane.

Nie, nie jestem zwolenniczkom podawania dzieciom wyłącznie dań gotowych. Staś też je głównie obiadki domowe, które mu gotuję. Bo dania gotowe mają też wady:

  • Przede wszystkim cena. Próba karmienia dziecka wyłącznie daniami gotowymi jest istotnym obciążeniem budżetu przeciętnej rodziny.
  • Wiele składników. Zwłaszcza jeśli dziecko jest alergikiem i trzeba bardzo uważnie wprowadzać wszystkie nowe składniki. A większość zupek i dań zawiera co najmniej 5 składników (z wyjątkiem bezmięsnych, początkowych, jedno- i dwuskładnikowych).
  • skład
  • Smak. Odpowiednio dobrane odmiany i doprawione np. sokiem winogronowym dania przeważnie smakują dzieciom. Ale to jednak zupełnie inny smak, niż dań domowych. Dziecko przyzwyczajone do „słoiczków” protestuje, gdy dostaje jedzenie domowe.

 

Moje przemyślenia na podobne tematy znajdziecie pod poniższymi linkami:

 

 

 



wtorek, 19 listopada 2013

zupka

Na powyższym zdjęciu Staś je zupkę. W foteliku, bo za wcześnie jeszcze na siedzenie w wysokim krzesełku, a karmienie tego mojego żywego sreberka trzymanego na kolanach kończy się katastrofą porządkową. Znacznie łatwiej zdjąć i wyprać pokrowiec z fotelika (który spiera się bardzo dobrze nawet z marchewki - przetestowane już na Monice).

A dlaczego takie zdjęcie? Bo to dobra ilustracja do tematu, którego chcę się podjąć.

Jako początkująca blogerka ciągle jeszcze szukam swojej drogi. Jeszcze nie do końca wiem, o czym dokładnie chcę pisać. Żeby jakoś się zorganizować, zaplanowałam sobie cykl o tematyce żywienia niemowląt i trochę większych dzieci.

Problem u mnie bardzo na czasie, bo Staś jest na początku rozszerzania diety, Monika już większość rzeczy może jeść, ale jeść nie chce. Będę pisać, jak ja próbuję sobie z tym radzić, co wydaje mi się dobrym, a co złym pomysłem.

W tych moich wpisach będzie trochę wiadomości zasłyszanych, trochę tego, co mi się wydaje (uważam, że słusznie) i całkiem sporo faktów, które poznałam, kiedy jeszcze zawodowo zajmowałam się jakością warzyw.

Postaram się choć w pewnym stopniu odpowiedzieć na następujące pytania:

  1. Dlaczego mleko modyfikowane?
  2. Zupki domowe czy słoiczki?
  3. Jak ułatwić sobie życie gotując zupki dla dzieci?
  4. Czym ugasić pragnienie?
  5. Słodycze - samo zło?
  6. Co uczula?
  7. Jak i czym karmić niejadka?
Katalog-blogow.pl