Kategorie: Wszystkie | gratisy i testowania | kuchnia | o dzieciach
RSS
sobota, 30 listopada 2013

Teraz przedstawię dowód na to, że warto brać udział w konkursach, nawet jak nie ma się nic mądrego do powiedzenia ;)

Sklep strefaurody.pl organizował na facebooku konkurs zgadywankowy. Przedstawił zdjęcie kilku buteleczek lakierów do paznokci i zadał pytanie, do czego te lakiery zostały użyte.

Zapytałam o zdanie męża, a ten mając w pamięci podobnie wyglądające próbki lakierów samochodowych i chyba ciągle myślami będąc w sklepie motoryzacyjnym odpowiedział, że do malowania samochodu.

Oczywiście nie była to dobra odpowiedź, ale rozbawiła organizatorów i za to otrzymaliśmy prezencik :)

strefa

Taką oto przesyłkę odebrałam dziś z paczkomatu. A w środku znalazłam miły liścik (a przy okazji 10% rabatu na zakupy),

prezent

mydło Fa w płynie i dezodorant dla pomysłodawcy :)

prezent

 

Przy okazji dodam, że strefaurody.pl 2 grudnia organizuje dzień darmowej dostawy - już od zakupów o wartości 20 zł, niezależnie od formy płatności i sposobu dostawy.

czwartek, 28 listopada 2013

Jak wygrać pachnące kosmetyki do ciała? Kliknij i zobacz :)

Wybrałam elegancką Miss Marine!

 

A może ktoś chce otrzymać ramkę na zdjęcie dziecka? Wystarczy wziąć udział w konkursie świątecznym Bebilonu, a potem polecić go trzem znajomym mamom. 300 pierwszych osób, z których polecenia skorzystają trzy osoby otrzymają ramki. Poza tym, oczywiście, konkurs pozwala na wygranie innych nagród, m.in. 5 x zegarek Fossil Georgia, karty kredytowe o wartości 200 zł i kocyki.

Aby wziąć udział w konkursie, kliknij tutaj (ja będę za to wdzięczna, bo zyskam szansę na ramkę. W poprzednim konkursie zdobyłam dużą puszkę mleka, teraz nie miałabym nic przeciwko ramce :) )

bebilon

niedziela, 24 listopada 2013

Rozpisywałam się ostatnio o gotowych daniach dla niemowląt. Jakie to są dobre. I nadal tak uważam. Ale za moją opinią nie do końca idą decyzje :)

gotowanie

Bo zupki głównie gotuję. Przede wszystkim ze względu na cenę. Słoiczki wychodzą drogo, zwłaszcza jeśli dziecku przestają wystarczać małe porcje, w słoiczkach o pojemności 125 ml.

Moja pediatra radziła mi, żeby nie robić sobie kłopotu i gotować Młodemu zupki wspólne z naszymi. Tylko odebrać mu przed doprawieniem. Ale to wymaga ścisłej kontroli tego, co się wrzuca do garnka. A ja lubię w tej kwestii spontaniczność ;) Szczególnie trzeba uważać, jeśli dziecko jest alergikiem i trzeba uważać z każdym nowym składnikiem.

Dla mnie łatwiejsze jest gotowanie osobnych zupek. Bo robię to trochę "sposobem".

Nie gotuję codziennie. Włożona do lodówki zaraz po ostudzeniu w zamkniętym pojemniku, zupka nadaje się do spożycia jeszcze spokojnie przez 48 godzin. Więc gotuję na trzy dni.

Mięso gotuję osobno, dużą porcję na raz (np. całego królika - zwłaszcza jeśli Staś dostanie takowego od cioci). Jest to wskazane też dlatego, że wywar mięsny może być za ciężki dla brzuszka malutkiego dziecka. Mięso przeznaczam więc dla Stasia, a dla nas zostaje rosół na zupę.
Ugotowane mięso obieram, kroję drobniutko. Dzielę na małe porcje, wkładam je w woreczkach do plastikowego pojemnika i mrożę. Sukcesywnie wyjmuję po jednej-dwie porcje (zależnie od ilości gotowanej zupki) i dodaję do gotujących się już warzyw.

Przedstawię przepis na standardową zupkę dla niemowlaka:

Warzywa myję, obieram, myję jeszcze po obraniu i kroję - bez dbałości o równe czy drobne krojenie, bo przecież wszystko i tak będzie zmiksowane.

warzywa krojenie

Wrzucam do garnka, zalewam wodą. Nie zapominam o oleju, bo przecież dziecko potrzebuje tłuszczu, przede wszystkim do rozwoju mózgu! Dodaję oliwę lub olej rzepakowy. Można dać masło, ale przecież nie dziecku uczulonemu na mleko...

w garnku olej

I gotuję do miękkości warzyw. Pod koniec gotowania dodaję zamrożone, pokrojone, porcjowane mięso

mięso mięso

Jeszcze gorące miksuję i pozostawiam do ostygnięcia. Odbieram porcję "na dziś", resztę szczelnie przykrywam i wkładam do lodówki. I gotowe :)

zupka

Aby poprawić smak, a także wzbogacić zupkę w witaminę C, która poza poprawą odporności jest niezbędna do przyswajania żelaza, można do gotowej zupki dodać trochę natki pietruszki - skarbnicy tej witaminy. Najlepiej mieć natkę świeżą (nie tak trudno ją uprawiać na parapecie), ale tylko kilka procent mniej witaminy C ma natka mrożona.

Na razie gotujemy zupki głównie z ziemniaków i marchwi lub dyni. Dynia jest bezpieczniejsza od marchwi dlatego, że jako owoc (botanicznie), zawiera mniej azotanów i metali ciężkich, w tym ołowiu i kadmu. Jej gruba skorupa dobrze chroni miąższ także od pestycydów (oprysków). Zresztą jej uprawa rzadko wymaga ich stosowania, inaczej niż przy dość wrażliwej na ataki różnych szkodników marchwi. Dlatego zalecam dynię zwłaszcza tym, którzy warzywa mają spoza absolutnie-sprawdzonego-i-pewnego-źródła.

Jako dodatki dotąd stosowałam pietruszkę, buraka ćwikłowego, brokuła, zielony groszek. Następny w kolejce jest kalafior. Po tych warzywach nie zauważyłam dotąd niepokojących objawów u Stasia (nie licząc oczywiście kup w całej gamie kolorów :p).

 

Nie opanowałam jeszcze sposobu przygotowywania mu deserków owocowych w taki sposób, aby owoce były gotowane (bo chyba za wcześnie na surowe...), a żeby w czasie gotowania nie tracić witamin. Dlatego deserki Staś dostaje na razie słoiczkowe... Ma ktoś pomysł, jak to przeskoczyć? Zresztą skąd brać świeże owoce poza sezonem? A same jabłka (bananów jeszcze nie wprowadziłam) to trochę małe zróżnicowanie owoców...

 

piątek, 22 listopada 2013

Azotany mogą być śmiertelnie groźne, zwłaszcza dla niemowląt. To nie przesada. Jednostkę chorobową nazwano "blue baby", ponieważ dzieci zatrute azotanami siniały. Czasem kończyło się to śmiercią. A wszystko od "zdrowych" soczków marchewkowych.

azotany

Azotany - NO3- to naturalna forma azotu. W glebie powstaje podczas rozkładu substancji organicznej, czyli m.in. nawozów naturalnych, takich jak obornik. Rośliny pobierają ten składnik i przekształcają je w białka. Jest więc normalne, że azotany występują w przyrodzie i ogólnie rzecz biorąc, są bardzo potrzebne. To one w bardzo dużym stopniu wpływają na to, że rośliny w ogóle rosną.

Kiedy więc zaczyna się problem? Wtedy, gdy roślina pobiera znacznie więcej azotanów, niż jest w stanie "przerobić" i zaczyna je magazynować. A pobiera je bardzo łatwo, jeśli tylko jest ich dużo w glebie.

A ich nadmiar w glebie może pochodzić z niewłaściwego nawożenia, ale też w glebie w ogóle nie nawożonej, może być ich bardzo dużo. Bo powstają w wyniku rozkładu substancji organicznej. Rozkład ten przeprowadzają bakterie, a ich aktywność jest uzależniona od warunków pogodowych. Zatem w sprzyjających bakteriom warunkach (czyli ciepło i umiarkowana wilgoć) do gleby trafia dużo azotanów.

Rośliny je pobierają i zmieniają w korzystne dla nich (i dla nas, konsumentów, też) białka. Ale do tego potrzebują energii słonecznej. Jeśli światła brakuje, azotany nie są przekształcane, tylko są gromadzone w tkankach roślin (a dokładnie w wakuolach komórek roślinnych).

azotany

Po co cały ten wykład?

Po to, żeby uświadomić Wam, że to, że rośliny otrzymane od wujka działkowicza, który na pewno nie sypie nawozów, za to porządnie nawozi obornikiem albo kompostem, wcale nie muszą być dla dzieci bezpieczne. Jeśli do tego rośliny były zbierane w okresie ciepłej, ale pochmurnej pogody albo rano, po dłuższym czasie ciemności, MOGĄ ZAWIERAĆ NAPRAWDĘ DUŻE ILOŚCI AZOTANÓW!!

A co się dzieje z azotanami w organizmie człowieka, że należy ich unikać?

Azotany w żołądku są przekształcane w azotyny (NO2-), a te mają zdolność trwałego łączenia się z hemoglobiną.

Hemoglobina "zabiera" tlen w płucach i roznosi go do wszystkich komórek organizmu. Odpowiada więc za oddychanie wszystkich komórek. Jeśli we krwi znajdują się azotyny, łączą się z hemoglobiną, blokując ją i uniemożliwiając spełnianie swojej roli. 

Podobne działanie ma tlenek węgla, czyli czad. Wiedzieliście, że od dużej ilości azotanów można udusić się, tak jak można się zaczadzić?

„Blue baby”, o której wspomniałam na początku, to choroba spowodowana właśnie niedotlenieniem, którego przyczyną było podawanie dzieciom ogromnych ilości azotanów. Było to w czasach, kiedy znano tylko zależność: dużo nawozów = duży plon, nikt nie przejmował się jakością warzyw, więc nawożono naprawdę intensywnie. I ilość azotanów wypijanych z sokiem marchewkowym, w przeliczeniu na kg masy ciała malutkich dzieci, okazywała się czasem śmiertelna.

Dziś nie grożą nam aż takie konsekwencje. Nikt nie sypie aż tylu nawozów. Ale każda cząsteczka azotanów w pokarmie, to upośledzanie dotlenienia komórek. Dlatego dla niemowląt bezpieczniejsze są kupne „słoiczki”, gdzie zawartość azotanów jest badana i nie może przekroczyć ostrych norm, niż domowe jedzenie, niestety…

słoiczki

A co możemy zrobić, aby spożywane rośliny zawierały mniej azotanów? Trochę możemy. Przedstawię kilka zasad:

  • Najwięcej azotanów (metali ciężkich też) zawierają korzenie, pędy, liście, najmniej owoce. Więc bezpieczniejsza jest jabłka, dynia lub pomidor, niż marchew, ziemniaki czy sałata

          jabłka

  • Duże znaczenie ma pogoda i pora dnia. Warzywa zbierane po południu w słoneczny dzień, rosnące w pełnym słońcu, są bezpieczniejsze.
  • Warzywa kolorowe mają mniej azotanów niż zielone; bezpieczniejsza jest żółta fasolka szparagowa, niż jej zielone odmiany
  • Nie dawajmy dzieciom nowalijek - uprawiane zimą i wczesną wiosną warzywa rosną w warunkach niedoboru światła, zawsze mają więcej azotanów
  • młode, niedojrzałe warzywa mają więcej azotanów niż dojrzałe. Nie dawajmy dziecku np. młodych marchewek - mają mnóstwo azotanów, za to mało beta-karotenu (bo jeszcze nie zdążyły go więcej wykształcić)

Tutaj warto wspomnieć, że azotany to inaczej saletra, stosowana do konserwowania mięsa. Wędliny obecne w sklepach muszą być konserwowane, saletra chyba i tak jest bezpieczniejsza od innych konserwantów. Ale zastanówmy się trochę, co robimy, podając dziecku kolejny plasterek szynki...

A mówiąc o azotanach, nie można zapominać, że w czasie niewłaściwego przechowywania czy smażenia, a także w naszych żołądkach, mogą się one przekształcać w nitrozoaminy, związki silnie rakotwórcze.

Takie pytanie przeważnie budzi duże emocje wśród mam. Można to zauważyć na przykład na forach internetowych albo w dyskusjach pod artykułami w prasie internetowej. A co jest lepsze?

zupki

Może zacznę od kontrowersyjnego stwierdzenia, ale GOTOWE DANIA SĄ BEZPIECZNIEJSZE! Żywność dla niemowląt i małych dzieci (do końca trzeciego roku życia) traktowana jest jako "środek spożywczy specjalnego przeznaczenia żywieniowego" i jako taka podlega wielu obostrzeniom. Normy dotyczące zawartości substancji szkodliwych, takich jak:

  • metale ciężkie
  • azotany (o tym, jak niebezpieczne są azotany, napisałam tutaj, bo to bardzo ważny i niedoceniany temat)
  • pozostałości po pestycydach (środkach ochrony roślin, czyli po prostu opryskach)
  • niezwykle toksyczne mykotoksyny (toksyny wytwarzane przez grzyby, występujące np. w zapleśniałych warzywach

są bardzo ostre i muszą być ściśle przestrzegane. Dlatego każda partia produktów, z których powstaną potrawy dla dzieci, jest poddana badaniom na zawartość tych niebezpiecznych związków.

zupki

Natomiast warzywa uprawiane we własnym ogródku zawsze są niewiadomą. Bo nawet jeśli nie stosuje się nawozów sztucznych ani pestycydów, nigdy nie ma się pewności, co jest w glebie (chyba, że wykonało się jej dokładną analizę, ale i to nie daje stuprocentowej pewności, co będzie w warzywach – bo gleba jest środowiskiem zmiennym i zawartość azotanów, a także np. obecność łatwych do pobrania przez rośliny metali ciężkich jak kadm czy ołów może się znacznie zmieniać).

Warzywa uprawiane na żyznych, próchnicznych glebach, bez stosowania nawozów sztucznych, mogą mieć znacznie wyższą zawartość azotanów niż warzywa z upraw towarowych, nawożone racjonalnie.

Zawartość metali ciężkich w glebach i ich przyswajalność dla roślin (czyli występowanie w takiej formie, którą rośliny łatwo pobierają) w znacznie większym stopniu zależy od naturalnej zawartości tych metali w glebie i skale, z której ta gleba powstała, niż od działalności rolnika.

Unikanie oprysków nie sprawia, że uprawiane rośliny są od nich wolne. Bo nie wiadomo, czym swój ogród opryskuje sąsiad, a drobne kropelki oprysku łatwo są przenoszone z wiatrem na spore odległości i nie znają granic działki.

brokuł

Bezpieczniej jest podawać dzieciom produkty pochodzące z gospodarstw ekologicznych, choć i tam przestrzegane są procedury i ekologiczny sposób uprawy, ale sam produkt badany jest rzadko. Możliwe więc jest, że warzywa takie będą zawierać np. zwiększoną ilość azotanów, jeśli akurat pogoda sprzyjała rozkładowi próchnicy, co znacznie podnosi ich zawartość w glebie.

zupka

W przypadku „słoiczków” badaniom poddaje się zebrane warzywa, zatem takie zagrożenie jest eliminowane.

Nie, nie jestem zwolenniczkom podawania dzieciom wyłącznie dań gotowych. Staś też je głównie obiadki domowe, które mu gotuję. Bo dania gotowe mają też wady:

  • Przede wszystkim cena. Próba karmienia dziecka wyłącznie daniami gotowymi jest istotnym obciążeniem budżetu przeciętnej rodziny.
  • Wiele składników. Zwłaszcza jeśli dziecko jest alergikiem i trzeba bardzo uważnie wprowadzać wszystkie nowe składniki. A większość zupek i dań zawiera co najmniej 5 składników (z wyjątkiem bezmięsnych, początkowych, jedno- i dwuskładnikowych).
  • skład
  • Smak. Odpowiednio dobrane odmiany i doprawione np. sokiem winogronowym dania przeważnie smakują dzieciom. Ale to jednak zupełnie inny smak, niż dań domowych. Dziecko przyzwyczajone do „słoiczków” protestuje, gdy dostaje jedzenie domowe.

 

Moje przemyślenia na podobne tematy znajdziecie pod poniższymi linkami:

 

 

 



środa, 20 listopada 2013

Wpis będzie krótki.

Bo nie będę pisać oczywistości. Przecież dziś wszyscy już wiedzą, że krowie mleko jest nieodpowiednie dla niemowląt. Że zawiera za mało tłuszczu, za dużo białka, za dużo soli mineralnych i obciąża nerki młodego organizmu. Że zawartość poszczególnych składników jest niewłaściwa, że nie pozwala na optymalny wzrost i rozwój dzieciątka. W końcu mleko produkują krowy, więc jest idealnie dopasowane do potrzeb cielaka, a nie ludzkiego oseska.

Żeby mleko krowie nadawało się dla dziecka, musi być modyfikowane - czyli jego skład jest zmieniany w taki sposób, aby w jak największym stopniu zaspokajał potrzeby niemowlęcia.

mleko

Czasem jeszcze od starszych osób można usłyszeć, że dla dziecka lepsze będzie świeże, krowie mleko, niż jakiś tam proszek. Ale młode mamy na ten temat już są wystarczająco uświadomione. Choć z drugiej strony całe pokolenia wychowały się na mleku krowim i jakoś żyjemy. Ale nie można powiedzieć, czy na mleku modyfikowanym nie żylibyśmy lepiej :)

ania

Pytanie może brzmieć natomiast, dziecko w jakim wieku może już bezpiecznie pić mleko krowie. Tu zdania są podzielone. Producenci mleka modyfikowanego przekonują, że do końca trzeciego roku życia właściwe jest jedynie podawanie takiego mleka, oznaczanego cyferką 3. Ale może im bardziej o swój interes i nasze pieniądze chodzi, niż o dobro dzieci?

mleko

Ja natomiast często spotykam się z opinią (także wśród lekarzy, których o to pytałam), że roczne dziecko może już spokojnie pić zwykłe mleko. Osobiście zgadzam się z takim twierdzeniem. Na pewno mleko modyfikowane nie zaszkodzi i starszym dzieciom. Uważam, że nawet jest wskazane u dzieci-niejadków i innych, które z jakichś powodów nie mają dobrze zbilansowanej diety. Ze względu na zawartość witamin i składników mineralnych niezbędnych dziecku, łatwiejsze jest zapobieganie niedoborom tak ważnych składników pokarmowych, jak choćby żelaza i cynku. (Pisze to mama niejadka. Ale to dla mnie teoria, bo moje niejedzące dwuletnie dziecko za nic nie wypije mleka modyfikowanego).

A zupełnie inną kwestią jest żywienie dziecka uczulonego na mleko krowie... ale tego tematu dopiero się uczę...

Tematu, czy niemowlaka lepiej karmić piersią czy mlekiem modyfikowanym, podejmować nie będę. Bo to dla mnie kolejna oczywistość. Nie będę wymieniać tutaj argumentów, które można znaleźć w każdej gazecie i na każdej stronie poświęconej dzieciom. Może tylko w skrócie; karmienie piersią jest najzdrowsze, najwygodniejsze, najtańsze i najlepsze :)

wtorek, 19 listopada 2013

zupka

Na powyższym zdjęciu Staś je zupkę. W foteliku, bo za wcześnie jeszcze na siedzenie w wysokim krzesełku, a karmienie tego mojego żywego sreberka trzymanego na kolanach kończy się katastrofą porządkową. Znacznie łatwiej zdjąć i wyprać pokrowiec z fotelika (który spiera się bardzo dobrze nawet z marchewki - przetestowane już na Monice).

A dlaczego takie zdjęcie? Bo to dobra ilustracja do tematu, którego chcę się podjąć.

Jako początkująca blogerka ciągle jeszcze szukam swojej drogi. Jeszcze nie do końca wiem, o czym dokładnie chcę pisać. Żeby jakoś się zorganizować, zaplanowałam sobie cykl o tematyce żywienia niemowląt i trochę większych dzieci.

Problem u mnie bardzo na czasie, bo Staś jest na początku rozszerzania diety, Monika już większość rzeczy może jeść, ale jeść nie chce. Będę pisać, jak ja próbuję sobie z tym radzić, co wydaje mi się dobrym, a co złym pomysłem.

W tych moich wpisach będzie trochę wiadomości zasłyszanych, trochę tego, co mi się wydaje (uważam, że słusznie) i całkiem sporo faktów, które poznałam, kiedy jeszcze zawodowo zajmowałam się jakością warzyw.

Postaram się choć w pewnym stopniu odpowiedzieć na następujące pytania:

  1. Dlaczego mleko modyfikowane?
  2. Zupki domowe czy słoiczki?
  3. Jak ułatwić sobie życie gotując zupki dla dzieci?
  4. Czym ugasić pragnienie?
  5. Słodycze - samo zło?
  6. Co uczula?
  7. Jak i czym karmić niejadka?
poniedziałek, 18 listopada 2013

Na zaproszenie znajomej dentystki wybraliśmy się z Moniką na wizytę. Przygotowywania i nastawiania się psychicznego było dużo, zdążyć oczywiście nie umieliśmy na czas (ciągle nie pamiętamy, że na ubrania i przygotowanie do wyjścia dwójki dzieci trzeba znacznie więcej czasu, niż się nam wydaje). Monika z podekscytowaniem czekała na przyjęcie. Ale z chwilą wejścia do gabinetu (dużego, gdzie było więcej foteli, pacjentów i dentystów) poczuła się zagubiona i niepewna i nawet obecność mamy nie dawała jej dostatecznej otuchy. Kasię też zna i lubi, ale nie dała się przekonać do otwarcia buzi.

A przecież normalnie chętnie pokazuje ząbki

ząbki

15 minut namawiania, opowiadania; lusterko, rękawiczka, naklejka, końcówka aparatu dmuchająca powietrzem i psikająca wodą; jeżdżenie na fotelu w górę i w dół, siedzenie samodzielne, u mamy na kolanach - wszystko na nic, buzia zamknięta jak na kłódkę.

W końcu poradziła inna dentystka, której nie zależało na zachowaniu dobrych stosunków z Moniką, (bo Kasi jednak zależało) i ząbki zostały obejrzane wbrew woli pacjentki. Delikatnie otworzyła jej buzię i w parę sekund rzuciła okiem na zęby. Na szczęście wszystkie zdrowe i ładne.

Mamy przyjść za pół roku, może wtedy chętniej otworzy buzię i pozwoli zęby polakierować, żeby poprawić wytrzymałość.

Pani doktor przykazała pilnie ząbki myć. Do tego zalecenia stosujemy się bez zastrzeżeń.

zęby zęby

I wychodzi nam to znacznie lepiej, niż zrobienie zdjęcia podczas mycia zębów :) Bo jak miała myć, to musiała cały czas ruszać szczoteczką i całą sobą też. Jak prosiłam, żeby na chwilkę przestała, to szczoteczka nie miała co robić w buzi i od razu z niej wyjeżdżała :)

Dentystka przypomniała, że co najmniej do 6 roku życia trzeba po dziecku poprawiać mycie ząbków, jeśli się chce, by były dobrze wyszorowane. Tata (bo to z nim przeważnie myje ząbki, przy okazji kąpieli) ma na to sposób: Monika pozwala umyć sobie ząbki, o ile ona będzie je myć tatusiowi. I tak myją sobie nawzajem :) U mnie by to nie przeszło, za mocny mam odruch wymiotny na to, żeby mi szczoteczkę do gardła można było wpychać :).

Po wyjściu z gabinetu mała pacjentka była bardzo zadowolona i dumna z siebie, że nie płakała i była dzielna. Zwłaszcza, że prezenty dostała - i naklejki "dzielnopacjentowe", i arkusz kolorowanki, a do tego jeszcze nowe, kolorowe, pingwinkowe szczoteczki.

szczoteczki

Cenna to była wizyta (nie tylko dlatego, że dostaliśmy prezenty). Dziecko było w gabinecie stomatologicznym, obejrzała sobie fotel i sprzęty, troszkę oswoiła się z zapachem, przekonała się, że nic nie bolało i było całkiem przyjemnie, nikt niczego od niej nie wymagał, jak się na coś nie zgadzała, było to egzekwowane (bo nawet lekarka, która w końcu obejrzała jej zęby, nie naruszyła istotnie jej nietykalności).

Sama mam nieprzyjemne wspomnienia od dentystów z czasów dzieciństwa. Borowanie, wynerwianie bez znieczulenia. Niech teraz dzieciom inaczej się dentysta kojarzy, nie muszą - jak moje pokolenie - mieć prostych skojarzeń: dentysta-sadysta.

Chętny do chwalenia się ząbkami był natomiast Staś, rozdziawiając w szerokim uśmiechu buzię na zagadnięcie przechodzącej lekarki. Tylko że on jeszcze nie ma się czym chwalić :)

staś

sobota, 16 listopada 2013

No i nareszcie dotarły! Na facebooku od ładnych parę dni mnóstwo już jest zdjęć otrzymanych cukierków, a do mnie nic nie przychodziło. Byłam już przekonana, że nic z tego nie będzie, że gdzieś zginął im mój adres albo coś je po drodze zeżarło. Aż wreszcie wczoraj listonosz zapukał i przyniósł "rozgrzewającą" przesyłkę

verbena

a w środku były cukiereczki miodowo-cytrynowo-imbirowe

verb

Oczywiście, nawet nie mogę ich spróbować, bo zawierają miód i cytrynę, potencjalne alergeny... Ale ludzie twierdzą, że bardzo smaczne są. Bo jedną paczkę rozdałam, drugą sobie schowałam na lepsze czasy :)

 

A jeśli też macie ochotę na darmowe cukiereczki, to ciągle można je zamawiać, klikając tutaj.

Razem z cukierkami przychodzi ulotka zawierająca kod, który pozwala na udział w konkursie na stronie internetowej verbeny. Białego iPada wygrają tam ci, którzy wykażą się największą kreatywnością w opisywaniu smaku otrzymanych cukierków.

czwartek, 14 listopada 2013

W kampanii Jelitonu prowadzonej przez platformę Rekomenduj.to dostępna była już ankieta końcowa, więc chyba pora zrobić podsumowanie.

Nie minęły jeszcze dwa tygodnie, odkąd dostałam taką przesyłkę, 

jeliton

więc ja kampanii nie uważam za zakończoną, bo jeszcze trochę próbkowych saszetek mi zostało i mam zamiar je jeszcze rekomendować, tylko z niektórymi ludźmi widuję się rzadziej.

Co to takiego ten Jeliton - to naturalny błonnik. Łupina nasienna babki jajowatej. I nic więcej.

A co to jest błonnik? W dużym uproszczeniu - części pokarmu, których nie trawimy. I właśnie na tym polega ich dobroczynność. Błonnik pęcznieje, wypełnia żołądek i jelita, przy okazji wchłaniając i wiążąc obecne tam toksyny, a potem ładnie opuszcza organizm. My jemy mniej, ale i tak czujemy się syci, a układ pokarmowy lepiej pracuje, bo odpowiednia ilość błonnika zapobiega zarówno biegunkom jak i zaparciom.

Nie są to tematy, o których rozmawia się na rodzinnym przyjęciu czy w knajpie z kolegami, ale problemy trawienne nikomu chyba nie są całkiem obce. Fizjologia człowieka nie jest temat na pogawędki przy kawie, ale przecież żaden człowiek nie jest tylko ideą, choćby nie wiadomo jak wzniosłymi rzeczami się zajmował. Każdy ma ciało i potrzeby fizjologiczne...

A Jeliton sprawę potrzeb fizjologicznych znacznie ułatwia :)

Dostępny jest w dużych opakowaniach po 180 g, albo w saszetkach po 5 g, pakowanych w pudełku po 18 sztuk.

jeliton

Pojedyncza saszetka jest fajna i poręczna.

jeliton

I całkiem ładna po prostu. Można ją wszędzie zabrać ze sobą, na przykład na delegację czy inny wyjazd (też należysz do ludzi, którzy w podróży mają jeszcze większe problemy z zaparciami?)

Podstawowym sposobem zażycia jest zalanie wodą i wypicie od razu. Trzeba tylko pamiętać, aby popić dużą ilością wody. Bo Jeliton bardzo pęcznieje, a aby działał, musi dużo wody chłonąć.

Jeśli nie wypijemy zawiesiny od razu, będzie można zobaczyć, jak wygląda jego chłonność:

jeliton

jeliton

jeliton

Widzicie, że w ciągu kilku minut szklanka wypełnia się kisielem. Normalnie dzieje się to w żołądku. Powstająca masa wypełnia go, tym samym zmniejszając miejsce na inne rzeczy. Co ma znaczenie, jeśli ktoś chce schudnąć.

Smak Jelitonu można określić jako neutralny. Co znaczy po prostu, że praktycznie nie ma smaku. Wypicie preparatu nie jest więc może jakiś przyjemnym doznaniem, ale nie jest też nieprzyjemne.

Tę zdolność do pęcznienia i brak swojego smaku można też wykorzystać, stosując Jeliton np. do zagęszczania sosów. Szybciej i łatwiej niż mąką, a do tego zdrowiej :)

Ciekawa byłam ceny, sprawdzałam na allegro i w kilku aptekach internetowych - cena dużego opakowania waha się między 22-30 zł, pudełko z 18 saszetkami kosztuje 13-20 zł.

Na początku nie spodobała mi się nazwa. Że za bardzo fizjologiczna, zbyt dosłowna. Ale bardzo szybko się do niej przyzwyczaiłam i wydaje mi się trafiona - łatwiej ją zapamiętać i przypomnieć sobie, kiedy podchodzimy do okienka w aptece, zamiast rozpaczliwie szukać w pamięci, co często ma miejsce przy środkach o nazwach może ładnych, ale nie tak jasnych.

Cóż mogę więcej napisać... Jeśli ktoś chce wiedzieć coś więcej, polecam ulotkę:

Jeliton - ulotka

Ja ze swej strony mogę tylko potwierdzić, że działa. Osoby, z którymi rozmawiałam, też potwierdzały skuteczność. Więc szczerze polecam go wszystkim, którzy mają w jakiś sposób rozstrojony układ pokarmowy albo ze względu na niską zawartość błonnika w pokarmie (a jedząc tylko wysoko przetworzoną żywność, błonnika prawie w ogóle nie dostarczamy) miewają problem z zaparciami!

 
1 , 2 , 3
Katalog-blogow.pl